Do napisania niniejszego postu skłoniły mnie wypowiedzi osób (a w zasadzie jednej) pod wpisem na blogu Dylematy Filolożki, że oto imiona powinno się tłumaczyć i już! Z uwagi na to, że imiona należą do szerszej kategorii nazw własnych, to w tym tekście chcę przedstawić różne rozwiązania stosowane przez tłumaczy stawiających czoła tej grupie jednostek leksykalnych.
Niniejszym wpisem realizuję obietnicę złożoną niegdyś w poście Wielka Orkiestra po angielsku.
Uświadomiłem sobie, że osobom nie mającym do czynienia z przekładem wydaje się, że tłumaczenie to proste zadanie: “jedną ręką czytasz, drugą tłumaczysz słowo po słowie”. W tym momencie przypomina mi się skecz KMN z drzwiami i gestykulacja Mikołaja Cieślaka – jeśli nie znacie tej scenki to gorąco ją polecam. Wracam jednak już do rzeczy. Tłumaczenie jest procesem dużo bardziej złożonym: wymaga od tłumacza podejmowania na każdym kroku przeróżnych decyzji, wyboru odpowiedniej strategii i technik. Przejdźmy już do teorii przekładu nazw własnych.
Po co nazwy własne?
Nazwy własne, zwłaszcza w tekstach literackich, pełnią wiele funkcji. Przede wszystkim fikcyjne, jak i autentyczne nazwy własne pełnią funkcję twórczą – wpływają na wizję świata stworzonego w pracy. Posługiwanie się imionami charakterystycznymi dla danej epoki zamiast długimi opisami, pozwala czytelnikowi zrozumieć i zidentyfikować dany okres. Ponadto nazwy własne pełnią funkcję międzykulturową i intertekstualną, które pozwalają na poszerzenie granic narracji. Wywołują ponadtekstowe skojarzenia z kulturą, historią lub innymi zagadnieniami, które wymagają erudycji czytelnika. Dalej, nazwy własne pełnią punkcję informatywną, socjologiczną – nazwy bohaterów dają czytelnikowi wyobrażenie o czasie i miejscu akcji, narodowości lub pochodzeniu społecznym postaci. Nazwy własne także pełnią funkcję ekspresywną, kiedy ich użycie ma na celu stworzenie swoistego klimatu, nastroju.
Techniki tłumaczenia nazw własnych
Reprodukcja - polega na przeniesieniu źródłowej nazwy własnej w jej oryginalnej wersji – bez żadnego wyjaśnienia lub przypisu. Ma to sens, gdy dana nazwa pełni funkcję informatywną lub emotywną.
Minimalna modyfikacja - adaptacja nazwy własnej do standardów ortograficznych lub gramatycznych języka docelowego, np.: Don Kiszot (zamiast Don Quijote), Katon (zamiast Cato), Szekspir (zamiast Shakespeare), Szopen (zamiast Chopin). Ta metoda prowadzi do częściowej utraty obcego kolorytu, a więc zakłóca funkcję ekspresywną. Wcześniej wspomniana funkcja socjologiczna też niknie, ponieważ czytelnik może zdać sobie sprawę, że nie jest to nazwa obecna w języku docelowym, ale z drugiej strony brzmi znajomo (ze względu na “swojską” pisownię).
Transkrypcja - ta technika ma oczywiście zastosowanie w przypadku języków o różnych alfabetach, np.: Ельцин (rosyjski) – Jelcyn (polski) – Yeltsin (angielski). Choć funkcja ekspresywna poniekąd zanika, to ciężko oczekiwać od np. polskiego czytelnika, żeby znał system znaków języka, dajmy na to, chińskiego albo arabskiego.
Tłumaczenie - w ramach tej techniki można wymienić trzy procedury:
- zastąpienie źródłowej nazwy ekwiwalentem rozpoznawalnym w języku docelowym, np.: John Smith —> Jan Kowalski.
- zastąpienie nazwy własnej jednostką, która w języku docelowym nie jest nazwą własną, np.: Klubowe —> cigarettes.
- zastąpienie nazwy własnej ekwiwalentem stworzonym przez tłumacza, np. szekspirowskie nazwisko Flute zostało przetłumaczone przez Koźmiana jako Dudka.
Tłumaczenie powoduje utratę wszystkich wyżej wspomnianych funkcji. Funkcja kreatywna zanika, ponieważ wizja świata stworzonego w tłumaczeniu jest niespójna z tą oryginalną. Udomowienie powoduje zanik funkcji międzykulturowej. Zanik funkcji socjologicznej wynika z faktu, że czytelnik nie rozpoznaje tła społecznego bohatera, które zostało zamierzone przez autora oryginału. Funkcja ekspresywna zanika, jako że brak obcego zabarwienia w tekście. Wyjątkiem może być tłumaczenie pseudonimów. Pozwala na uratowanie funkcji kreatywnej, ekspresywnej i informatywnej, ponieważ zazwyczaj istotne jest znaczenie pseudonimów.
Adaptacja - polega na zastąpieniu nazwy własnej określeniem, które w żadnym sensie nie jest ekwiwalentem, np: Widziałem mecz Wisły Kraków —> I’ve seen a game of Oakland Riders. W oryginale mamy drużynę futbolu amerykańskiego, a w tłumaczeniu drużynę piłki nożnej. Adaptacja prowadzi do utraty wszelkich funkcji źródłowej nazwy własnej, a wywołuje skojarzenia z nazwą własną funkcjonującą w języku (i kulturze) tekstu docelowego.
Pominięcie - zdarza się, że można także zupełnie wyrzucić z tłumaczenia nazwę własną. Może to być uzasadnione, gdy dana nazwa nie odgrywa większej roli, a jej usunięcie nie zmieni sensu oryginału. Przy tej technice oczywiście nie można mówić o żadnych funkcjach nazw własnych.
Konkluzja
Można dojść do wniosku, że zastosowanie jakiejkolwiek techniki tłumaczeniowej powoduje utratę niektórych funkcji oryginalnych nazw własnych. W sumie nic w tym dziwnego, ponieważ nazwy własne są charakterystyczne dla danego języka źródłowego i jego kultury. Pełną funkcjonalność mają tylko w tekście oryginalnym.
Jeżeli ktoś z Was zajmuje się tłumaczeniem, to jak radzicie sobie z nazwami własnymi?





{ 3 komentarzy… przeczytaj poniżej lub zostaw własny }
Mi wystarzy, że czasem usiłuję przetłumaczyć na angielski to, co chcę powiedzieć. Jakie dziwne stworki wtedy wychodzą. I oczywiście niektórych nazw nie znam tłumaczenia (jak, na przykład, mogę Wisłę nazwać Vistulą bądź Weichsel), a nie mogę zostawić w oryginale, bo co to powie niepolskojęzycznemu rozmówcy? Nawet przeczytać nie będzie umiał! Ciekawie się obserwuje tł€maczenia w tekstach fantasy, chociażby w dwóch wydaniach Tolkiena.
Osobiście wolę jak najmniej zmieniać takie nazwy. Wisla / Wisua. Ale ja tłumaczę tylko, hm, na potrzeby rozmów, w dodatku raczej z osobami, których angielski nie jest podstawowym językiem. Nie wiem, jak bym się zachowała, mając do tłumaczenia książkę czy jakiś tekst.
Pozdrowienia
Jak sobie radze z tlumaczeniem nazw wlanych? Roznie. W zaleznosci od rodzaju tekstu, odbiorcy i innych czynnikow ustalam dominante sementyczna i stosuje taka czy inna technike, ktora opisales w poscie. Kazdy tekst jest inny.
Pzdr:)
Co do tłumaczenia nazw własnych chyba najlepiej przyjąć zasadę nietłumaczenia tych nazw lub ewentualnie podania tłumaczenia w nawiasie. To jest chyba najprostszy i najskuteczniejszy sposób.
Warto też sprawdzić czy dana nazwa nie ma już swojego odpowiednika w innych językach, jeśli tak to problem rozwiązany.
Osobiście uważam, że tłumaczenie nazwy własnej np. jakiejś imprezy biznesowej, czy spotkania jest uzasadnione i powinno funkcjonować.. Jako przykład: Market Roku – Store of the Year. Słowo “market” w jęz. polskim oznacza sklep, w jęz. angielskim oznacza rynek, więc chociażby w takim przypadku należałoby podać tłumaczenie, aby nie wprowadzić odbiorcy w błąd. Inaczej jest z kolei z nazwami nagród, które zazwyczaj po przetłumaczeniu brzmią niefortunnie.