Ostatnio na łamach internetowego wydania Guardiana podano informację, że szpital w angielskim hrabstwie Norfolk organizuje kursy języka angielskiego dla zagranicznych pielęgniarek. Powód? A mianowicie pacjenci, chcący wydać pensa są kierowani przez nie do szpitalnego sklepiku. Ma to sens? Nie powinno…
Szpital Królowej Elżbiety w Norfolk organizuje przyspieszony kurs języka angielskiego dla pielęgniarek, które i tak dość sprawnie posługują się angielszczyzną. Po co taki kurs? Jego celem jest przystosowanie pielęgniarek do życia w Norfolk. Kurs ma na celu zapoznać je z osobliwościami językowymi – chodzi przede wszystkim o różnego rodzaju idiomy i eufemizmy, które obcokrajowcy tłumaczą dosłownie. Prowadzi to do licznych nieporozumień.
Pacjenci, zwłaszcza w podeszłym wieku, spotykają się z niezrozumieniem narzekając, że “[they] feel under the weather” albo dokucza im “pin and needles“, bądź też mają problemy z “back passage“. Pracownik szpitala przytoczył historię, że gdy kiedyś pacjent powiedział: “I want to spend a penny” (Chcę skorzystać z toalety) został zaprowadzony do sklepiku.
Lokalne słówka też sprawiają, że pielęgniarki oblane potem wertują na próżno słowniki w poszukiwaniu takich wyrazów jak: “blar” (krzyczeć), “mawther” (młoda kobieta).
Rzecznik szpitala przyznaje, że pielęgniarki znają świetnie angielski, ale niekoniecznie osobliwości lokalnego dialektu. Większość pacjentów to ludzie starsi i posługują się staroświeckimi wyrażeniami, związanymi z częściami ciała i chorobami.
Podczas dwugodzinnych kursów pielęgniarki poznają takie frazy jak: “spick and span“, “higgledy-piggledy“, “la-di-dah“, “tickled pink“. Zgłębiają też tajniki semantyczne “jim jams“, “a cuppa“, “elbow grease“. Kobiety zapisują wszystkie osobliwe zwroty, jakie słyszą podczas dyżurów, a potem omawiają je na zajęciach.
Takie kursy z jednej strony są doskonałym rozwiązaniem dla władz szpitala, ponieważ dobra znajomość języka przez personel to dobra obsługa pacjentów. Dobra i przede wszystkim bezpieczna. Niemniej nie brakuje przeciwników tego pomysłu. Mówią oni o tym, że taki kurs kosztuje, a pielęgniarki mogłyby się nauczyć znaczenia osobliwych zwrotów od swoich współpracowników – rodowitych Anglików nie powinno brakować…
Większości słów podanych jako przykłady celowo nie przetłumaczyłem. Które z nich znacie bez przeszukiwania słowników i Internetu? A teraz odpowiedzcie na pytanie postawione w tytule…





{ 7 komentarzy… przeczytaj poniżej lub zostaw własny }
Hm, gdyby u nas ktoś powiedział, że chce „odcedzić kartofelki”, też mógłby zostać zaprowadzony do kuchni, zamiast do toalety. :)
ja tam bym chetnie sama na taki kurs poszła :)
mysle, że duzo nieporozumien wynika z faktu,ze (jak wyżej wspomniano) starsi pacjenci używaja jezyka jeszcze ze swoich czasów – a zatem eufemizmy, staroświeckie wyrażenia, słowa typowe dla ich lokalnego dialektu, zas pacjenci zagraniczni uzywają zwrotow kalkowanych ze swojego jezyka itp podczas gdy pielęgniarki w miejskim szpitalu przyzwyczajone są do oficjalnego medycznego słownictwa z podręczników :)
dla nich odpowiedz typu: “i feel under the weather” nic im nie mówi, lekarzowi z resztą też nie, tu trzeba opisywac konkretne objawy a nie jakies ‘pins and needles” :)
a te pielegniarki na kursie to brytyjki czy z obcej ziemi? bo to tez moze robic roznice w rozumieniu
Te konkretne pielęgniarki są z Portugalii.
ha! a to dlatego Carla ze Scrubs-ów jest na zdjęciu :)
jak pielegniarki z obcej ziemi, to wszystko jasne
nasze tez niech sie lepiej przykładają do ang ;)
Cieszę się, że dopatrzyłaś się tej intertekstualności hehe (mimo że Carla była z Meksyku). Pewnie, niech się uczą!
@ mrtom
Carla, szanowny kolego, była z Portoryko (ale spoko, nawet Turk tego za bardzo nie wiedział;)
co by nie było, chodzi tu o latynosów :)